Christie.
Christie.
Cały czas siedziałam w mieszkaniu. Nigdzie nie wychodziłam, nie odbierałam telefonów. Nie wychodziłam już po kawę do Star Buck’a, nauczyłam się obsługiwać ekspres do kawy.
Zbliżał się grudzień, którego nienawidziłam. Jedyne, co mi się w nim podoba to ta przyjemna, wibrująca w moich uszach piosenka “Where is my sweet December…?”. Nie słuchałam niczego innego.
Siedziałam w swoim mieszkaniu, i pielęgnowałam wszystko co liściaste, i zielone. Przecierałam mokrą szmatką liście aloesów, agaw i tego ogromnego fikusa stojącego w salonie. Podłużne, zakurzone liście smętnie zwisały nad telewizorem, pozostawiając długie, nieregularne kreski na zakurzonej powierzchni.
Podlewając to wszystko zielone, wyobrażałam sobie, jak to wszystko wyciąga łapki do słońca, i otwiera buzie połykając kolejne krople wody. Że te malutkie korzenie rosną jak małe dzieci; w górę, w górę…
Kiedy wymieniałam ziemię drzewka szczęścia, przypomniało mi się moje dawne marzenie, jeszcze z podstawówki. Mieć dom. Nie mieszkanie przy ruchliwej ulicy, ale śliczny, nie duży domek na obrzeżach jakiegoś miasta. Z zielonymi okiennicami, i czerwoną dachówką. Wokół rozciągały by się pola pełne złotych, falujących zbóż. Na podwórku rozciągałyby się połacie równo skoszonej, pachnącej trawy. Wielkie drzewo, a na jednej z gałęzi podwieszona by była opona. A ja huśtałabym się na niej, tak długo jak tylko chcę, bez ograniczeń, zapominając o wszystkim. Pod ścianami domu posadziłabym bluszcz, który wiłby się po nim. Na wiosnę zakwitałby białymi kwiatami, a jesienią czerwienią i żółcią. Stopniowo pokryłby cały dom; musiałabym uważać, żeby na poniósł się na okna i drzwi. Rano budziłby mnie świergot ptaków.
Kochałabym się wieczorem, nocą i rankiem. Piłabym wino z moich własnych winogron. Tych ciemnych, i jasnych. Gdyby było gorąco, chowałabym się pod konstrukcją podtrzymującą winorośl. Stałaby tam taka nie duża, staromodna leżanka. A ja leżałabym na niej, w tej białej, zwiewnej sukience za kolano, odcinanej pod biustem.
Nie nosiłabym butów. Miękka trawa gładziłaby moje stopy, podrywałaby je do biegu po stromych zboczach zbóż. Włosy byłyby rozwiewane przez wiatr, unosiłyby się wokół mojej twarzy.
Wieczorami liczyłabym gwiazdy, i dawała im imiona. Łączyłabym je w oddzielne grupy, w zależności od ich jasności, wielkości, i odległości jaka nas dzieli. Czasami, gdyby nie chciało mi się wracać do domu, spałabym pod gołym niebiem, na tej pachnącej trawie. Słyszałabym szum wiatru, dobiegający z lasu. Głaskałby drzewa, kołysząc nimi, i uginając je, a one posłusznie by się mi podporządkowały. Sosny byłyby pachnące, i świeże jak nigdy.
I byłabym ja; wiecznie młoda, piękna i roześmiana. Oczy o różnych kolorach świeciłyby radością, i wdzięcznością za to, co jest. Czerwone włosy byłyby piękne, pachnące. Skóra byłaby niczym płatki kwiatów, delikatna, bez żadnych nierówności. Policzki wiecznie zaróżowione, delikatne jak u dziecka.
I tak byłoby zawsze.
Tre’.
Tydzień nie ruszała się z domu. Próbowałem ją gdzieś wyciągnąć, ona jednak nadal była smutna. Opowiedziała mi o wszystkim. Nie wiedziałem co robić, powiedzieć. Nie czułem tego samego, przecież prawie w ogóle jej nie znałem. Widziałem ją tylko dwa razy; kiedy ona i Billie spędzili wspólnie noc, i kiedy dała mi adres Christie.
Starałem się jakoś wybić jej to z głowy. A ona tylko siedziała przy tych roślinkach. Nie mogłem do niej dotrzeć. Kiedy przez chwilę nieprzytomnie wpatrywała się w okno, podszedłem do niej, i pocałowałem ją. Potem, całowaliśmy się prawie bez przerwy. Wspólnie upadliśmy na kanapę, i tam znowu zasnęliśmy.
Wsłuchiwałem się w jej cichy, niespokojny oddech. Wydawało się, że płakała nawet przez sen, nieustannie. Mimo, że całe ciało odpoczywa, serce bije nadal. I nadal mamy świadomość, że coś jest nie tak, coś czeka na nas po przebudzeniu. Czekało. Na mnie czekała wściekła córka; na nią- choroba przyjaciółki.
Cały czas zastanawiałem się, czy Christie jeszcze wróci. Taka, jaka była przed tym wypadkiem. Czy będzie potrafiła się śmiać z samej siebie, z innych. Czy nadal będzie słuchała The Beatles, czy nadal będzie wsłuchiwać się w melancholijne piosenki pani Krall. Czy nadal będzie piła wino, i paliła papierosy. Czy będzie chciała ze mną być. Długo.
Rachel.
Minął kolejny dzień. A ja czułam się jakby wypruwali ze mnie flaki, jakby głowa miała pulsować. Nie czułam rąk, ani nóg. Nie widziałam nikogo znajomego na korytarzu, mimo, że czekałam długie godziny wpatrując się w szybę. Każda sylwetka była sylwetką Christie, Mouse. Dziewczyn, z którymi znosiłam wszystko. Które znosiły mnie.
Poznałyśmy się w akademiku. Mouse była zakręconą dziewczyną palącą trawkę, dopiero zaczynającą przekłuwać sobie ciało. Podrywała chłopaków, zarywała wykłady, pyskowała.
Christie była spokojną dziewczyną o brązowych włosach. Dużo się uczyła, prawie w ogóle nie zawierała nowych znajomości. Była zakochana. Pierwszy raz w swoim życiu.
A ja? Ja byłam wolna. Uwielbiałam umawiać się z chłopakami. Krótkie, czarne włosy pozostają moją domeną do dzisiaj. Ile razy w środku nocy cała nasza trójka musiała chodzić do dyrektora? Miliony. Znosiły wszystko. Moje późne powroty, nawet spalenie przeze mnie mieszkania w akademiku. Ale one nadal były przy mnie.
Za szklaną szybą ktoś stanął. Znajoma, szczupła sylwetka w skórzanym płaszczu. Ruda głowa, a na niej smutno uśmiechające się usta. Tak, to ona. Chciałam podnieść rękę, i pomachać jej. Nagle poczułam miliony przeszywających mnie igieł. To coś uderzało w moje serce, płuca, rozrywając je.
Wokół mnie biegali lekarze. Krzyczeli coś, podawali sobie jakieś narzędzia. Poczułam, jak coś ciepłego spływa po moim policzku. Ktoś świecił w moje martwe oczy latarką.
A potem była już tylko zabawa.
