The Ghost Of You.

Posted by admin on 20th Czerwiec 2010 in Inne Czytaj też.

Christie.

Kiedy poczułam jego ciepły dotyk na mojej głowie, zaczęłam o wszystkim opowiadać. Słowa samowolnie wypływały z moich ust, lecząc moją duszę i umysł. Było mi lżej, czując że ktoś słucha, i przerywa od czasu do czasu, pytając jak, co, gdzie, kiedy, dlaczego. Kiedy tak patrzył na mnie swoimi smutnymi, zielonymi oczami, rozwiane zostały wszystkie moje wątpliwości. Pozwoliłam mu zostać.
Obiecał mi pomóc. Teraz i już zawsze. Powiedział, że nie ma zamiaru wyjeżdżać z San Francisco. Zostanie tu ze mną. Tylko ze mną.
W mieszkaniu od razu zrobiło się miło. Słyszałam jego śmiech, pomagało mi to. Z tymi jego głupimi żartami i powiedzonkami, starym, zniszczonym plecakiem, starymi, wytartymi spodniami, i przebitą wargą.
Na kanapie leżały rozwalone jego rzeczy. Nie chciało mu się układać, więc wywalił wszystko z plecaka. Koszulki, spodnie, papiery, zmięte banknoty. I zdjęcia. Dużo pięknych zdjęć. Wysokich, smukłych wieżowców z NY, młodych kobiet trzymających na kolanach dzieci, śmiejących się przedszkolaków. Wszędzie jednak walały się zdjęcia pewnej dziewczyny.
Większość z nich została wykonana w polaroidzie. Piegowata dziewczyna o brzoskwiniowej cerze, piwnych oczach, i czarnych dredach sięgających szczęki. W różnych pozycjach, to stojąc na ławce, to koło jakiegoś pomnika, z nosem w dużej, zielonej książce.
Floyd siedział w łazience. Słyszałam szum wody i piosenkę, którą nucił. Kiedy wyszedł podstawiłam mu zdjęcie centralnie przed oczy, i patrzyłam na niego wyczekującym wzrokiem. Spojrzał smutno, i wyrwał mi zdjęcie.
- Każdy ma jakieś tajemnice, Christie- odpowiedział, wycierając włosy w ręcznik. Spojrzał na mnie tym strasznym, niemożliwym wzrokiem. Zrobiło mi się nie dobrze.

Rachel.

Wędrowałam tak w te i z powrotem, napotykając znajome twarze. Tysiące, a nawet miliony znajomych twarzy. I w końcu spotkałam jedną z moich przyjaciółek. Mouse. O tych samych, rudych włosach (może trochę krótszych), tej samej piegowatej twarzy, tych samych zielonych oczach.
Po jej twarzy spływały łzy. Mimo, że się uśmiechała, łzy będą spływać po jej policzkach już na wieczność.

Widziałam ją, spacerującą ciemną drogą. Nie było widać księżyca, gwiazd. Tylko szum drzew, wycie psów. I ona, oglądająca jakieś okładki płyt. Pomalowane na zielono paznokcie, odbijały się w plastikach płyt, oświetlonych małą latarką trzymaną przez nią w ustach.
Nie wiem dlaczego, ale gwałtownie się odwróciła. Jej wzrok zaczął błądzić po wydawałoby się pustej drodze. Nagle, z ciemności wyskoczyła na nią jakaś wysoka, barczysta postać. Zatkała jej usta dłonią w ciemnej rękawiczce.
Dziewczyna szarpała się, gryzła, kopała. W końcu udało jej się oswobodzić. Odbiegła kawałek, niestety, ciemna postać chwyciła ją za rąbek podkoszulka i przyciągnęła do siebie. Torebka dziewczyny upadła na ziemię, a z niej wysypały się wszystkie graty. I dziwny, metalowy kształt.
Upadła na ziemię, zdzierając skórę z odsłoniętych kolan. Szybko zaczęła się czołgać w stronę torebki. Chwyciła jakiś przedmiot i uniosła go do góry.
Mężczyzna uśmiechnął się do siebie, i pewnym krokiem zaczął zbliżać się do dziewczyny. Dziewczyna trzęsącymi rękami mierzyła metalem w jego stronę.
Wystrzeliła.

Tre’.

Było ciemno, zimno, wiało, i w dodatku śnieg padał. Zbliżają się święta, kolejne, pieprzone święta i przypominanie sobie wszystkich zniszczonych spraw. Tego, co całkiem się zepsuło, i tego, co wyszło aż za dobrze.
Zapukałem do drzwi mieszkania Christie. Przez chwilę nikt nie odpowiadał, słyszałem tylko martwą, zalegającą ciszę. Drzwi jednak gwałtownie się otworzyły, a w nich stanął wysoki chłopak, z przebitą wargą, wycierający sobie głowę ręcznikiem.
Jednym okiem spojrzał na mnie niemrawo, i ruchem głowy zaprosił do środka. Zdziwiony, i coraz bardziej wkurzony wkroczyłem do środka. Co ten chłopak robi w jej mieszkaniu? No co, no co, no co, no co, no co?
Chwilę potem pojawiła się na korytarzu. Miała na sobie czarne, obcisłe cygaretki zsunięte na żółte szpilki z zaokrąglonymi noskami. Ale to, co mnie zdziwiło najbardziej, to fakt, że na górze znajdował się tylko stanik.
Pomyślałem sobie, że jeżeli wyjdę, będzie śmiesznie, i wyjdę na skrzywdzonego. Staliśmy tak w trójkę na tym korytarzu, w kompletnej ciszy. Znudzony chłopak ściągnął ręcznik z głowy, i założył ręce na piersi.
- Czy wy…?- zapytałem wyczekująco.
- Że niby my?- zapytała Christie wskazując na blondyna.
- Że niby wy.
- My?
- Wy?
- My?
- Wy, cholera, wy.- warknąłem. Ona pokręciła tylko głową, uśmiechając się. Podeszła do mnie, i pociągnęła za rękę.
Znaleźliśmy się w jej sypialni. Ja wpatrywałem się głupio, a ona tylko się śmiała. Spojrzałem na jej łóżko. Idealnie ułożona pościel, jak zwykle.
- Nie przepadam za moim własnym bratem.

Wybaczcie, beznadzieja, ale nie miałam pomysłu.

Comments are closed.