Intermission.

Posted by admin on 14th Czerwiec 2010 in Inne Czytaj też.

Christie.

Było mi zimno. Potwornie zimno. Każdy ruch przyprawiał mnie o ból, każdy szmer powodował, że moja głowa eksplodowała. Na stole leżała pusta butelka po Grey Goose, i stare listy. Nie patrząc na nie, schowałam je do pudełka. Wrzuciłam na dno najwyższej pułki, tak aby przypadkiem nikt tego nie zobaczył.
Było mi niedobrze, kręciło mi się w głowie. Zatkałam usta, i pobiegłam do łazienki. Szybko pochyliłam się nad ubikacją, niemal się wywracając. Z moich ust trysnęła okropna, żółta maź. Przytrzymywałam włosy w górze, z zamkniętymi oczami. Nie chciałam na to patrzeć. Na siebie samą, i na to, co ze sobą robiłam.
Wytarłam usta w rękaw, i czym prędzej umyłam zęby. Szybkimi ruchami tarłam zęby i dziąsła, doprowadzając je do krwawienia. Kiedy zauważyłam, co wyprawiam, było za późno. Po zębach spływały mi prawie niewidoczne strużki krwi. Zerwałam kawałek papieru toaletowego, i wepchnęłam do ust.
Z papierem w ustach, udałam się do kuchni. Butelki wody były puste. Głowa nie mieściła mi się pod kranem. Przeklinając mojego hydraulika, ruszyłam do łazienki. Rozebrałam się, i wskoczyłam pod zimny prysznic. Łapczywie połykałam wodę, która zalewała mi twarz i oczy.
Wyszłam z łazienki z mokrą głową, i ociekającym ciałem. Całe mieszkanie przebyłam naga, mimo, że naprzeciw mieszkali bardzo młodzi studenci, których poznałam już w podobnych sytuacjach. Wiedziałam, że z niecierpliwością czekali na ruch swojej pięknej sąsiadki, na jej lśniące włosy, i piękne ciało.
Powoli wślizgnęłam się do łóżka, jak gdybym nie chciała budzić mojego niewidzialnego kochanka. Brakowało mi mężczyzny. Nie potrafiłam jednak zapomnieć, aby posunąć się do najważniejszego kroku w związku. Pozostawały mi stare listy, filmy, zdjęcia. I chyba nie potrzebowałam więcej, prawda?

Mouse.

Nie poszłam do baru. Nie mogłabym spojrzeć na miejsce na którym zawsze siedziałam, nie mogłabym dotykać zarezerwowanego dla niej, i tylko dla niej, kieliszka. Nie mogłabym przygotowywać różowej margerity, którą ubóstwiała. Na samą myśl, o tych wesołych, roześmianych, niczego nieświadomych ludziach, robiło mi się niedobrze.
Przed oczami nadal miałam jej miotające się ciało, puste, ciemne oczy. Na jej rzęsiste łzy, spływające po tracących kolor policzkach. Na jej drgające dłonie, zaciskające się ostatkiem sił na szpitalnej, niebieskiej pościeli. Na jej zimne ciało, lekarza przykrywającego jej twarz.
Jedyna rzecz, która mnie ucieszyła, był jej widok po tym wszystkim. Na ustach miała prawdziwy, szczery uśmiech. Oczy, mimo tego, że były puste, śmiały się do tego, co ją czekało.
Z letargu wyrwało mnie pukanie do drzwi. Ociągając się, niemal ze łzami w oczach, otworzyłam je. Kiedy Go zobaczyłam, wybuchłam płaczem. Rzuciłam mu się na szyję, wdychając jego zapach, aby zapamiętać go jak najdłużej. Z moich ust zaczął wylewać się potok słów. Opowiedziałam mu o wszystkim. O tamtym, pierwszym wieczorze w szpitalu, o kolejnych wizytach, strasznej diagnozie. O jej śmierci, tak pięknej, i tak strasznej zarazem. Mogłam o tym mówić, i mówić, bez końca.
Zamknął moje usta pocałunkiem. Długim, namiętnym pocałunkiem. Poczułam jego oddech na mojej szyi. Szybko odsunęłam się. On spojrzał na mnie zatroskanym wzrokiem.
Bałam się. Zawsze się tego bałam. Miałam jednak skromną nadzieję, że ta moja zła passa się odwróci. Modliłam się, żeby w końcu się udało. Chociaż raz.
Zauważył strach na mojej twarzy. Nigdy się tak nie czułam. Patrzył na mnie tymi swoimi niebieskimi ślepiami.
- To nie twoja wina Mike. Ale dla Ciebie wszystko.
Powoli się do niego przysunęłam. Uśmiechnęłam się, i pocałowałam. Krótki “powitalny” pocałunek w usta. Następny. Stawały się coraz dłuższe, głębsze. Czułam jak coś we mnie buzuje, próbuje się uwolnić. Pożądanie.
Leżąc na mnie, jednym szybkim ruchem zrzucił ze mnie podkoszulek. Poczułam pierwsze, nieśmiałe pocałunki na obojczykach. Wędrowały coraz niżej, coraz śmielej.
Z podziwem przyglądał się tatuażom na moim nagim ciele. Na podbrzuszu, ramionach, udzie, dekolcie. Byłam tak blisko. Czułam jego szybki oddech wędrujący po moim ciele. Ku mojemu zdziwieniu, pierwsze, zduszone dźwięki zaczynały się wydobywać z moich ust.
Myślałam, że się udało. Myliłam się. Poczułam to. Bolało. W kącikach oczu zaczęły zbierać się łzy. Pragnęłam tego. Nie mogłam…
- Mike… Boli.
Przytulił mnie. Przestał na chwilę.
- Myszko… Wcale nie musimy… skoro nie możesz – wyszeptał, patrząc mi w oczy. Nie mogłam wytrzymać. Jego ślepia błyszczały od nadziei. Boże. Nie chciałam, żeby to tak się skończyło. Ale on wiedział co robić.
- Nie, nie… Mike… Ja chcę… – powiedziałam niemrawo. On znowu zaczął obdarowywać mnie pocałunkami. Powoli błądził ustami po moim ciele. A potem po podbrzuszu. Delikatnie masował je, wywołując mój chichot. Ale stres przechodził. Bałam się tego. Ból ustawał.
- I jak? Lepiej? – spytał.
- O… tak… – wyszeptałam, w kolejnym nachodzącym mnie spaźmie. Teraz miało być doskonale. I było. Pokój wypełniały moje jęki i jego westchnienia. Dłuższą chwilę nie czuliśmy nic innego jak ekstaza. To było piękne. Tak bardzo.
Niedługo potem wsłuchiwaliśmy się w bicie naszych serc. Mike wodził palcami po moich plecach. Leżałam na brzuchu i oddawałam się rozkoszy jego dotyku. Cudownie się czułam. Dawałam się ponieść emocjom.
A w końcu głowa Dirnta wylądowała na moim brzuchu. Zasypiając gładziłam jego czuprynę.

Christie.

Około 3 p.m usłyszałam dzwonek do drzwi. Pod łóżko wsunęłam wszystkie gazety, rozwalone pod nocną szafką. Szybko ubrałam spodnie, i pomarańczowy podkoszulek.
Zaczęłam otwierać wszystkie zamki i zatrzaski. Kiedy się z nimi uporałam, przesunęłam nieduży, złoty łańcuszek.
W drzwiach stał mój trzeci, a zarazem ostatni brat- Floyd. Wysoki chłopak, o zielonych włosach, i dłuższych, blond włosach. Uśmiechnął się do mnie, tym swoim głupawym uśmieszkiem, który po prostu uwielbiałam. Dla mnie zawsze będzie dużym dzieckiem.
Nie pamiętam nawet, kiedy ostatnio Go widziałam. Wyjechał jakiś czas temu do Nowego Jorku, i od tamtego czasu nie miałam z nim żadnego kontaktu.
Rzuciłam się na niego z radosnym piskiem. Podniósł mnie w górę, i trzymał mnie tak dwadzieścia sekund, wypytując o mnie, jak mi się powodzi, i czy w końcu z kimś sypiam. Kiedy w końcu mnie puścił, nie czułam nóg.
- Ja pitole…- zaczął, rozglądając się po moim mieszkaniu.- ale się siostrzyczko urządziłaś.
- A ty jak się urządziłeś?- zapytałam, patrząc na niego podejrzliwie. On tylko głupawo się uśmiechnął, i podniósł brwi w górę.
- Eee… No właśnie. Ja do Ciebie sprawę mam.
- O nie, nie dam się po raz kolejny wyzyskiwać. Znowu sprowadzisz mi panienki do domu, o nie!- powiedziałam ze śmiechem. Do tej pory pamiętam, jak po małej, domowej imprezie, w mojej kuchni urzędowały panie do towarzystwa, gotujące sobie (moje!) warzywka, i (mój!) ryż.
- Oj, tam. Mógłbym tu zamieszkać?- zapytał, robiąc maślane oczy.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Perspektywa kolejnego najazdu policji, i straży pożarnej, zbytnio mnie nie cieszyła. Już miałam odpowiedzieć, kiedy zauważyłam zmartwioną minę mojego brata. Stał nad moim stolikiem, na którym stały puste butelki po różnym alkoholu, i rozbite szklanki. Jego wzrok przeniósł się potem na rozbitą szybę kominka, na zabrudzoną łazienkę.
Powoli usiadłam na kanapie. Wiedziałam, że usłyszę ostre słowa.
- Masz problem. I dobrze o tym…- zaczął szeptem.
- Nie mam żadnego problemu!- krzyknęłam. Zaczęłam płakać, jak małe dziecko. Ściągnął plecak i usiadł obok mnie. Objął mnie ramieniem, i przyciągnął do siebie. Poczułam, jak głaszcze mnie po głowie.

Edit.

Przy opisie sceny łóżkowej Mouse i pana Dirnt’a, pomagała mi MJK. Chwała Ci za to, sama bym sobie nie poradziła.
Będę się za Ciebie modlić.

Comments are closed.