Rachel.
Rachel.
Tu było tak jasno. Wszystko kwitło, kwiaty pachniały szampanem- tak jak zawsze marzyłam. Woda miała smak wina, powietrze było tak czyste, że można było je złapać, i łamać w dłoniach jak tabliczkę czekolady. Wkładałam je do ust chłopaka, którego kiedyś kochałam. Pamiętam tamten motor, rozrzucony w promieniach metrów, i jego martwe ciało.
Wyglądał pięknie. Czarne włosy, i jasno błękitne, prawie białe oczy. Jego lekkie zarost, dotykający moich policzków i piersi. Jego dłonie, pomalowane na czarno paznokcie. Dłonie, układające moje czarne włosy za pomocą chmur.
Nie sądziłam, że można spotkać samą siebie. On zaprowadził mnie do niej. Właściwie to do mnie.
Młoda, 15-toletnia dziewczyna. Sięgające szczęki czarne loki, moje oczy. Młoda cera różowiła się, widząc Jamie’go. Mojego, i jej.
Delikatna, niebieska sukienka wiązana pod delikatnie jeszcze zarysowanym biustem, pierwsze pantofle na obcasie. Pierwszy raz usta pociągnięte jasnoróżową szminką, długie, gęste czarne rzęsy.
- Ale przecież ja byłam- zaczęłam, patrząc na nią. On objął mojego ramienia.
- Zastanawiasz się, kiedy umarła tamta dziewczyna?- zapytał. Niepewna, kiwnęłam głową. Jego idealnej wielkości dłoń dotknęła mojego czoła.
Pamiętam tą okolicę. Puste, polne drogi, topole rosnące po obu stronach. Nieduże, skromne domki imigrantów z Brazylii, i Kanady. Szukających lepszej pracy, nowego początku. Miłości.
Miliony gwiazd świeciły nad jej głową. Nogi trzymała w strumyku, bo tak było chłodniej. Pień starego drzewa brudził jej błękitną sukienkę, buty leżały tuż obok, całe w błocie. Patrzyła na swoje odbicie w wodzie, poprawiając niezgrabny lok, odstający z prawej strony głowy. Zrezygnowana, wsparła głowę na rękach.
Położył swoje dłonie na jej ramionach. Natychmiast odwróciła się, łapiąc jego dłoń. Usiadł za nią, kładąc brodę na jej ramieniu. Ona oparła się plecami o jego tors, tak aby było jej wygodnie. I ta cisza. Słychać było coraz ciszej grające świerszcze, szum wody.
- Odwróć się do mnie- szepnął wprost do jej ucha. Posłusznie odwróciła się do niego, podnosząc oczy. Automatycznie zbliżyli się do siebie, i pocałowali. Długo trwali złączeni, wdychając zapach partnera. Kilka sekund później odchylili się od później, spuszczając wzrok. Na twarzy dziewczyny pojawił się szkarłatny rumieniec, zakrywający jej jasne, porcelanowe policzki.
Wiedziała, że są już blisko. Nie wiedziała jednak jak, kiedy i gdzie. Na samą myśl o tym, przeszedł ją błogi dreszcz. Będzie kobietą. Kobietą. Całkowicie.
Swoim zwyczajem położył swoje dłonie powyżej jej kolan. Nie lubiła tego, tym razem jednak poczuła przyjemność. Gładkie dłonie opierały się o jej nagie nogi, pieszcząc je. Spojrzał na nią poważnym wzrokiem. Wyczuł zapach zdenerwowanej kobiety. Zagubionej jeszcze dziewczynki.
Powoli zaczął przesuwać dłonie. Patrzył to na nią, to na jej nogi. Oddychała coraz głębiej, coraz szybciej. Odchyliła się do tyłu, aby widzieć to co robi. Kiedy czuła przyjemny dotyk na udach, cicho jęknęła. Chłopak wsadził rękę po sukienkę, jednym palcem przejeżdżając po jej podbrzuszu. Jednym ruchem zsunął z niej bieliznę, odkrywając inną stronę swojej dziewczyny.
Położyła się na ziemi, rozchylając kolana. Usłyszała brzęk klamry paska chłopaka, opadającej na ziemię. Klęknął przed nią, chwytając jej wątłe nadgarstki, i przycisnął je do ziemi.
Wszedł w nią, na co ona wydała z siebie głośny jęk. Nie pamiętała nawet, kiedy chłopak zaczął rytmicznie przybijać ją do ziemi.
Christie.
Nie było mnie przy tym. Nie pożegnałam się z nią, nie przeprosiłam za wszystko, nie prosiłam o wybaczenie. Nie wspomniałyśmy o najwspanialszych chwilach, nocach na dywaniku u dyrektora, nocnych wyprawach na miasto. Pierwszych wspólnych nocach spędzonych z chłopakami, pierwszych kacach.
Nie docierało do mnie to, że już jej nie ma. Nigdy więcej nie wystąpimy na wystawie, nie będziemy roznosić ulotek mojej sąsiadki. Nie wpadniemy do Kitty’s, aby wypić arbuzową margeritę. Nie naprawi po raz kolejny mojego ekspresu do kawy, nigdy już nie będzie na złość żonglować moimi filiżankami.
Chciałam ją przeprosić za to, że nie było mnie przy niej kiedy umarł. Kiedy odchodził on. Należał tylko do niej. A ja zostawiłam ją samą.
Znowu piłam. Grey Goose, zabrana przez Mouse z Kitty’s. Lałam prosto do ust, uciekając do mojego pięknego świata; domku z czerwoną dachówką.
Delikatnie dotykał moich ramion. Całował je, drapał swoim zarostem. A ja czułam przyjemny zapach mężczyzny. Wtedy wszystko rozpadło się, a ja zobaczyłam gwiazdy. Nie świeciły jednak tak jak zwykle. Były sztuczne. Stare, choinkowe świecidełka wypalały mi oczy.
Słodki zapach wódki rozsiewał się wokół gwiazd i moich włosów. Na białej pościeli włosy rozpościerały się niczym promyki wielkiego, czerwonego słońca. A ja czułam przyjemność. Truskawki, zapach wódki, mężczyzna. Seks, orgazm. Ja, i cztery białe ściany. Ciche wzdychania, jęki, krzyk.
Cichy szczęk rewolweru. Zapach naboju. Moje imię.
‘ Masz na imię Christie. I tak nazywa się ten pistolet. Jest srebrny, tak jak ty. Kocham Cię. Jesteś moim srebrnym naszyjnikiem, nie zdejmuję go z siebie, tak jak Ciebie. I kiedy odejdę, poczujesz chłodną spluwę przy swojej skroni. Pociągniesz usta czerwoną szminką, założysz czarną bieliznę. Będziesz czuła mój oddech. Poczujesz mój dotyk, moje natarczywe ruchy. Zobaczysz nasze ciała, splecione, tak jak dawniej.
Wystrzelisz…’
P.S: Wpadłam w samouwielbienie.
