Koniec.
Byłam szczęśliwa. Cholernie szczęśliwa. Nadal nie mogłam uwierzyć w to, że udało mi się, mimo wszystko. Kiedy przypominam sobie inne noce, z innymi facetami, i te ich reakcje. Odtrącałam ich, kazałam przestać. A oni mieli to gdzieś. Albo musiałam ich zrzucać z siebie, albo słuchać wyzwisk. Ile razy zostałam opluta, uderzona, zmuszona, nie wiem. Nigdy jednak się tym nie przejmowałam.
Wierzyłam, że w końcu będzie taki ktoś. Ktoś, kto zaczeka, pomoże mi wyjść z tego seksualnego (a raczej aseksualnego) dołku. I jest! Wysoki brunet, o nieziemsko niebieskich oczach.
Kiedy się obudziliśmy, słońce przyjemnie grzało, zaglądając do mojego nie dużego mieszkania. Jasne promyki przyjemnie padały na etniczne pamiątki, psychodeliczne obrazy kupione za bezcen na targowiskach całej Ameryki.
Zjadł szybkie śniadanie, bo musiał biec do studia. Pożegnaliśmy się, a on zniknął. Nadal jednak czułam tu jego obecność. Kiedy z powrotem wśliznęłam się do łóżka, wydawało mi się, że czuję jego zapach, jego dotyk, ciepłe pocałunki którymi tak szczodrze mnie obdarowywał.
I nie wiem dlaczego, pomyślałam o śmierci. Szczerze mówiąc, nie wierzę w śmierć. Jak ktoś taki jak on mógł umrzeć? Dla mnie nigdy nie umrze. Takie osoby jak John Lennon, Marylin Monroe, Elvis, czy Kurt Cobain nie mogły umrzeć. One są gdzieś tam, po drugiej stronie, w lepszym świecie. Tak samo prawdziwym, tak samo namacalnym, pełnym niesamowitych istot. Tak samo płynie woda, tak samo biegają dzieci, rozmawia młodzież. Istnieje czas. Na ścianach wiszą kalendarze, w salonach tykają zegary. Dorośli śpieszą się do pracy, dzieci odrabiają zadania domowe, spóźniają się do szkoły. Zakochane nastolatki przeżywają swoje pierwsze razy, pierwsze pocałunki.
Słuchają muzyki. Tam jednak nie potrzebne są umiejętności, czy instrumenty. Tam wszystko jest jak muzyka. Brudne jeziora, zanieczyszczone powietrze, wysokie wieżowce.
Christie.
Długo leżeliśmy na łóżku na plecach, głupawo spoglądając w sufit, i gadając zupełnie od rzeczy. Coś jednak gryzło mnie w środku, wyżerało moje myśli. Czułam, jak ulatuje ta najważniejsza, o której miałam nie zapomnieć. Powiedzieć o tym komuś, a szczególnie jemu.
Jestem okropna. Ukrywam coś, czego nie powinnam. Ile kobiet przeżyło coś takiego? Dziesiątki? Setki? Tysiące? Miliony. Miliony kobiet. Ale tylko ja jestem takim tchórzem, nie poczuwającym się do odpowiedzialności. Nie poczuwam się do niczego. Ostatnio nie sprzątam, nie robię sobie nawet kawy. Mam wszystko gdzieś.
Po dwóch godzinach bezsensownych rozmów, ulotnił się, pędząc do studia. I co? Znowu byłam sama. Floyd udał się na miasto, w poszukiwania w miarę taniego mieszkania. Nie wiem co to będzie, bo w San Francisco nie ma tanich mieszkań.
Chciałam się napić. Obojętnie czego. Grey Goose, likieru, arbuzowej margerity Mouse, koniaku, wina. Zaczęłam szukać w barku. W mojej nocnej szafce, całej kuchni. Nigdzie nie było ani kropli alkoholu. Zobaczyłam na lodówce żółtą, samoprzylepną karteczkę. Pismo Cholernego Floyd’a.
‘Nawet o tym nie myśl’.
Wpadłam w furię. Nie pamiętam nawet dobrze, co się ze mną działo. W oczach zrobiło mi się ciemno, dłonie same zaciskały się, tamując dopływ krwi do rąk. Chwyciłam stojący na stole kubek. Spojrzałam do środka. Resztki nie wypitej kawy, która nie miała już tego wspaniałego zapachu, który zawsze mnie uspokajał.
Z hukiem rzuciłam kubkiem o podłogę. Wokół nóg plątały mi się resztki kubka i wielka plama ciemnego napoju. Chwyciłam stojący na stole talerz z owocami i zrobiłam z nim to samo.
Kiedy rzucałam co raz to innymi przedmiotami, o innej fakturze i wielkości, czułam się, jakbym zaczynała żegnać się z bliską mi osobą. Uchodziło to ze mnie. Bardzo powoli, ponosząc pewną ofiarę.
Nagle, poczułam jak ktoś mocno łapie mnie za ramiona. Ktoś próbował mnie utrzymać, powstrzymać przed rzucaniem czym popadnie. Udało mi się chwycić jeszcze parę szklanek, rzucić nimi wprost do zlewu pełnego stłuczonego szkła i porcelany. Poczułam zapach męskich perfum Floyd’a. Przytulił mnie do swojej klatki piersiowej, czułam jak ciężko oddycha, próbując mnie przy sobie zatrzymać.
Nic nie widziałam. Wszystko migało mi przed oczami, białe i czarne plamy. Zobaczyłam snop jasnego światła, uderzającego mnie w oczy. Wrzucił mnie po prysznic, i odkręcił kurek z lodowatą wodą. Chciałam z niego wyjść, uderzałam pięściami w wejście kabiny, on jednak mocno ją przytrzymywał.
- Ocknij się kobieto, ocknij się już…- mówił, powstrzymując łzy. Nie lubił patrzeć, jak jego własna siostra stacza się na dno.
Kiedy się obudziłam, leżałam już w łóżku. Moje włosy nadal były mokre, a zmoczone ubrania leżały na podłodze. Powoli podniosłam się z łóżka, i zobaczyłam, że jestem całkiem naga.
Wygrzebałam z szafy długi, czarny sweter, który zarzuciłam na zimne ciało. Cicho wołałam swojego brata, którego nie było. Przypomniałam sobie całą scenę w kuchni.
Nie poznałam tego pomieszczenia. Wszędzie pełno szkła i porcelany, wywrócone stołki, pozrywane z lodówki zdjęcia braci i rodziców. Stare zdjęcia schowane na jednej z półek, leżały rozsypane na podłodze, niektóre nawet podarte. A ja nic nie pamiętałam. Tak, jakbym miała w głowie jedną, wielką dziurę. Pamiętałam tylko to, że nie miałam w domu żadnego alkoholu. Rozglądnęłam się uważnie. Wszystkie butelki znikły.
STOO LAAAT, STOOO LAAT BJ’u.
